Pierwszy dzień na wyspie Hainan. Pojechaliśmy do prowincjonalnego miasteczka, jakieś półtorej godziny pociągiem od miasta Sanya. Rano poszedłem na samotny spacer na pobliską plażę. Była godzina 10 i już 30°C. Moją uwagę przykuła grupa miejscowych rybaków ciągnących sieć. Łowili tradycyjną metodą tzn. jeden koniec bardzo długiej, czasami kilkusetmetrowej sieci, wyciągano w morze na łódce i zataczano pętlę po czym koniec dostarczano na brzeg. Jedna grupa ciągnęła jeden koniec a druga następny, aż obie grupy się spotkały. W ten sposób powstawała pętla która zagarniała większość ryb w jej zasięgu.
Zacząłem fotografować i jak zwykle wzbudziło to zainteresowanie. Jednak po chwili zmieniłem podejście i po prostu zaczęłam pomagać rybakom ciągnąć sieć. Najpierw była konsternacja a potem sympatia. Kiedy rybacy zrozumieli że potrafię komunikować się z nimi po chińsku, bariery zostały przełamane. Przerzuciłem aparat na plecy i zacząłem naprawdę ostro pracować. Nie zwróciłem na początku uwagi że większość rybaków miała rękawiczki. Wkrótce przekonałem się dlaczego. Liny były nasiąknięte morską wodą o wysokiej zawartości soli. Już wkrótce moje ręce były czerwone i piekące. Na szczęście miałem na szyi chustę którą owinąłem dłoń ciągnącą linę. W drugą rękę wziąłem aparat i zacząłem robić zdjęcia. Tym razem rybacy nie zwracali na mine większej uwagi albo po prostu miło się uśmiechali. Zwróciłem uwagę na to, że kobiety pracowały na równi z mężczyznami. Pracowaliśmy w pocie czoła przez około dwie godziny. Niestety dla mnie oznaczało to poparzenia słoneczne, ponieważ nie miałem zakrytych ramion i rąk. Ale było warto, chociaż w konsekwencji oznaczało to cierpienia przez następny tdzień. Oczywiście mogłem spać tylko na brzuchu. Ale wracając do tematu, po dwóch godzinach obie grupy w końcu się spotkały i pętla zaczęła się zaciskać. Widziałam na twarzach rybaków nadzieję na bogaty połów. Ludzie śmiali się i żartowali. Ale czym bardziej wyciągali sieci, tym bardziej humory się ważyły. Połów okazał się bardzo marny. Z rozmowy zorientowałem się że winą tego jest przemysłowe odławianie ryb przez duże statki pracujące dla przedsiębiorstw przetwórstwa rybnego. Pod koniec doszło nawet do kłótni co do sposobu prowadzenia sieci. Ale to była tylko frustracja wywołana marną zdobyczą. Cały poranek pracy dla kilkudziesięciu ludzi praktycznie poszedł na marne. Kiedy nastroje się uspokoiły kobiety rozdzieliły ryby na małe kupki. Ryb wystarczy tylko na posiłki dla rodzin rybaków. O jakimkolwiek zarobku nie było mowy. Żeby wszystko było sprawiedliwie ja też otrzymałem jedną porcję za swoją pracę. Odmówiłem, tłumacząc to tym, że nie mam możliwości przygotowania posiłku. To może nie była cała prawda ale to był jedyny sposób żeby nie obrazić darczyńców. Szczerze mówiąc nie miałem sumienia wziąć czegokolwiek dla siebie. Na koniec pozostało jeszcze wciągnąć łódź na wysoki brzeg. Tutaj przydał się mój słuszny wzrost i w końcu łódka została zabezpieczona a sieci zwinięte. Rybacy mieli zamiar wrócić tutaj następnego dnia. Miałem nadzieje, że tym razem z lepszym rezultatem. Pożegnałem się z całą grupą a z niektórymi nawet uścisneliśmy sobie dłonie po czym poszedłem w stronę kwatery wiedząc, że czeka mnie kilka bolesnych dni. Moje plecy i ramiona były spalone słońcem ale wszystko jedno miałem wrażenie, że było warto. W drodze powrotnej towarzyszyły mi smutne refleksje o tym, jak ekspansja gospodarcza zmienia tradycyjny styl życia mieszkańców tej okolicy. Młodzi ludzie nie będą podtrzymywać tradycji połowów a może też wkrótce też nie będzie czego łowić.